Ołtarz Pokoju Cz. 1/2 Fragmenty:

Wprowadzenie

Akcja powieści rozgrywa się w krainie zwanej Elementią, położonej na półwyspie, który od północy oddzielają od reszty świata jałowe, dotąd nieprzemierzone pustkowia. Kraj jest poprzecinany pasmami lasów, pól uprawnych i gór, a klimat jest umiarkowany z czterema wyraźnymi porami roku. Większość terenów rolniczych znajduje się w północnej i centralnej części kraju. To właśnie z rolnictwa utrzymują się mieszkańcy tamtych rejonów. Wzdłuż długiej linii brzegowej usytuowanych jest kilka dużych portów i ośrodków morskich, których mieszkańcy zajmują się głównie rybołówstwem i handlem morskim. Szlaki morskie wiodą wokół kraju, umożliwiając  portom wymianę handlową. Na południu kraju rozciąga się szeroki masyw górski, którego wiele szczytów pokrytych jest wiecznym śniegiem. Południowcy, choć nie dysponują żyznymi ziemiami, to szczodrze wykorzystują bogactwa bujnych lasów. W całej Elementii znajduje się kilka większych ośrodków miejskich, które rozwinęły się na miejscu dawnych osad różnych plemion, przekształconych później w kasty. 

Żyjąc w odosobnieniu, Elementianie wierzą, że są jedynym ludem stąpającym po świecie. Są wśród nich utalentowane jednostki, które mają władzę nad jednym z siedmiu żywiołów i potrafią wyzwalać jego potencjał. Większość technologii wynalezionej w tej cywilizacji oparta jest na możliwościach manipulowania żywiołami. Nieliczne plemiona, które nie opanowały władania mocami natury, wykazują się dużym sprytem i inteligencją, by dziełami własnych rąk i umysłów rywalizować w codziennej walce o byt oraz w zbrojnych starciach z przeciwnikami. W wyniku tej rywalizacji liczne narzędzia, wynalazki i różnorodna broń są używane na masową skalę przez ludność całego kraju.

Miasta zabudowane są murowanymi budynkami, kanalizacja jest rzeczą powszednią, a znaczna część dóbr jest produkowana w manufakturach i fabrykach, znajdujących się na obrzeżach miast. Sieć ustandaryzowanych dróg pozwala na dość swobodne piesze lub konne podróżowanie po kraju. Dzięki powszechnemu szkolnictwu znakomita większość mieszkańców półwyspu jest piśmienna i tworzy różnorodną kulturę i sztukę. W Elementii funkcjonuje określony system prawno-społeczny, na straży którego stoją urzędy i sądy.

Zanim lud Królestwa Elementii zunifikował się pod jedną administracją, istniało wiele różnych plemion, które były osobnymi mikrospołecznościami. Wszystko zmieniło się podczas wojny plemion. Wtedy to wschodnie plemiona pod przewodnictwem rębaczy sprzymierzyły się, tworząc Sojusz Toporów. Przeciwko sojuszowi stanęło zachodnie plemię szamanów, które przeciągnęło na swoją stronę kilka innych grup, tworząc Unię Ludów. Wojna zakończyła się wygraną Unii i ustanowieniem króla wybranego z jej ramienia, który odtąd kontrolował cały półwysep. W założeniu król miał być gwarantem pokoju między plemionami, które porzuciły swoją odrębność na rzecz całkowitego zjednoczenia wszystkich ludzi pod jednym sztandarem.

To w tym czasie wykształciły się kasty, tworzone przez wąskie grono osób z danych plemion, które potrafiły podporządkowywać sobie żywioły. Kasty stały się swoistą szlachtą – wykorzystując swój atut, jakim bez wątpienia była zdolność do używania żywiołów, starały się ugrać dla siebie jak najwięcej przywilejów i z tylnego rzędu wpływać na losy całego kraju. Taki ład trwał przez siedem pokoleń królów z rodu Zito, do czasu, gdy bliźniacy Dariusz i Grzegorz postanowili toczyć walkę o tron. Dariusz był wspierany przez wschodnią kastę magów, a za Grzegorzem stali szamani z zachodu. Ich walka o władzę spowodowała tak głęboki podział społeczeństwa, że Elementia w zasadzie podzieliła się na pół. Potomkowie obydwu linii rodu są przekonani o tym, że to im należy się prawowita władza nad całym krajem, przekazana przez ostatniego króla niepodzielonego kraju, czyli Adama Zito. Sojuszem Wschodnich Kast, jak nazwało się stronnictwo, rządzi Tybur Zito, potomek Dariusza. Kolejnym władcą z linii Grzegorza jest natomiast Rafa Zito, który rządzi Królestwem Zachodniej Elementii.

Powieść zaczyna się w momencie, gdy syn Rafy, książę Oszczepan Zito, przybywa do Portu, zachodniego miasta na samym południu kraju. Oszczepan, oprócz tego, że jest sukcesorem zachodniej linii Zito, jest równocześnie członkiem kasty szamanów. Panicz jest zwolennikiem przerwania eskalowanego od pokoleń podziału i przywrócenia przyjaznych stosunków między podzielonymi społecznościami. Wiedziony tą ideą wpada na pomysł, by do jej urzeczywistnienia wykorzystać legendarne stworzenie, które niegdyś zakończyło wojnę plemion. Wskazówek na temat istnienia owego mitycznego zwierzęcia szuka w nadmorskim mieście, w którym rezyduje jego stary mentor ze szkoły. Warto nadmienić, że dla kasty Oszczepana charakterystyczne są kolorowe peleryny w kolorze symbolizującym żywioł, nad którym moc dzierżą ich właściciele. Tożsamo na Wschodzie noszą się magowie.


Rozdział I

“Szarość nad szarościami, a w tej szarości jeszcze większa szarość”, pomyślał Oszczepan Zito na widok aury, która otaczała rozległy morski krajobraz, potęgowany przez rutynę portowego życia.

— I bardzo dobrze — rzekł do siebie.

W ten nijaki dzień umacniała się depresyjna toń, a spory wpływ na to miała nikła ilość światła słonecznego na nieboskłonie, siermiężnie blokowanego przez posępne stogi chmur. Porywisty wiatr bez litości targał morzem, a poruszone nim fale rytmicznie wprawiały w ruch przycumowane statki. Jedynie mewy zdawały się wyrywać spod narzuconego wietrznego metronomu, latając wbrew ustalonemu przez wichurę taktowi. Czerwona peleryna Oszczepana trzepotała uporczywie, dostosowując się do wszechobecnego szarego tańca. W kontraście do tej monotonii Port, nadmorskie miasto południowej Elementii, pełen był kolorytu, którego nadawały mu odgłosy pracujących tam Portian: „pompuj zęzę!”, „podaj handszpak”, „lewy hals”, „piękny bryg”.

„Niby jeden język, a nic z tego nie rozumiem”, stwierdził sam do siebie młody panicz. Jego usta mimowolnie złożyły się w uśmiech czy też rozbawienie.

— Widzę, że panu szamanowi humor dopisuje — Oszczepana zagadnął młody mężczyzna, który po charakterystycznej pelerynie rozpoznał w królewiczu członka kasty.

Stojący na przybrzeżnej promenadzie książę podziwiał nadmorski widok, jako że pierwszy raz był w tym specyficznym mieście. Jednakże nie turystyka była celem odwiedzin. Syn króla przybył ze stolicy kraju tak daleko na południe w poszukiwaniu informacji, których, jak liczył, dostarczy mu pewien znajomy staruszek. Młody Zito nie wiedział, gdzie dokładnie znajduje się kwatera starszego jegomościa, toteż póki co szwendał się ulicami, jednocześnie podglądając swoich niedoszłych jeszcze poddanych.

— Byłoby jeszcze lepiej, gdyby wskazał mi pan gdzie znajdę arcyszamana Kama — odrzekł Portianinowi dwudziestolatek.

— Takie osobistości to raczej w górnej partii miasta urzędują.

Mężczyzna, przepasany fartuchem typowym dla sprzedawcy artykułów spożywczych, wskazał palcem na dzielnicę Portu usadowioną na zboczu góry, do której miasto przylegało.

— Ale nim nastąpi ten zjazd szamanów, chciałbym panu zaproponować coś z mojego sklepu.

Mężczyzna wskazał na mały butik, nad którym górował brunatny szyld z napisem „Patrykarz Portyjski”.

— Ten cały „patrykarz” to taka pasta rybna, którą smaruje się pieczywo? — dopytywał z uprzejmości Oszczepan.

— Zgadza się — odrzekł z dumą Portianin. — Czyżby sława mojego produktu dotarła aż do stolicy? — Sprzedawca wnioskował tak, gdyż główna siedziba szamanów znajdowała się w stolicy Zachodniego Królestwa – Zitii.

— Coś tam o nim słyszeliśmy. Ale mnie zastanawia inna rzecz — rzekł enigmatycznie książę. — Czemu to się nazywa „patrykarz”?

— Bo ja jestem Patryk — odpowiedział z animuszem twórca rybnego przysmaku.

— Dobra, ale oprócz ryb i kaszy patrykarz składa się z papryki?

— No tak.

— To czemu nie „paprykarz”? Jak dla mnie to by brzmiało nawet lepiej.

Sprzedawca zdębiał. Zdał sobie sprawę, że świeżo poznany szaman ma rację. Jego mina wyrażała ni mniej, ni więcej: „czemu o tym nie pomyślałem?!”.

— Do widzenia — odrzekł Oszczepanowi po kilku sekundach milczenia i odszedł w swoją stronę.


Rozdział II

Z każdym kolejnym krokiem księcia coraz mocniej oblewała ciemność. Płomienie były jego latarnią, lecz mimo to coraz bardziej bał się utraty orientacji w tym mroku. Tam, gdzie wcześniej stał tłum, była już tylko oświetlona pustka. Brnął dalej. W pewnym momencie usłyszał nieznany mu pomruk. Dźwięk ten nie napawał optymizmem i budził grozę, toteż Oszczepan mimo woli zatrząsł się ze strachu. Zatrzymał się, gdyż czuł, że zaraz wydarzy się coś, na co powinien być przygotowany. W tym miejscu widoczność wynosiła około trzech metrów, więc poza brukowaną ścieżką i zgaszoną latarnią młody Zito nie dostrzegał nic więcej. Nagle usłyszał tąpnięcie, jakby poruszyło się coś bardzo ciężkiego. Instynktownie wypuścił w tamtą stronę kulę ognia z jednego z końców piki. W jej miejsce od razu utworzyła się nowa. Lecąca kula ognistego światła dawała dobry podgląd otoczenia. Po około pięciu metrach uderzyła w litą skałę o ludzkiej posturze. Kamień oparł się działaniu ognia i tylko lekko się zwęglił. Wtem, Oszczepan usłyszał kolejne tąpnięcia, oddalone o dobrych parę metrów. Za każdym razem wypuszczał kolejny pocisk z płomieni. W taki sposób zdołał zobaczyć cały otaczający go teren i zdał sobie sprawę, że z każdej strony kierują się na niego skalne postacie. Sytuacja robiła się nieciekawa, zważywszy na to, że ów monstra były kontrolowane przez złego ducha. Oszczepan miał dwa wyjścia – zniszczyć je albo uciekać. Odwrót jednak odpadał, gdyż kamienne żywiołaki otaczały go z każdej strony. Pozostawało zniszczenie. Jednak tu też był problem i to dość spory. Ruchome głazy opierały się działaniu ognia szamana. Ten żywioł był wyjątkowo odporny na działanie ciepła. Oszczepan musiał wymyślić inny sposób na pozbycie się przeciwników. W przypływie adrenaliny, przy podwyższonym tętnie, książę począł przypominać sobie wszystkie swoje doświadczenia w walkach. Właściwie, większość tegoż doświadczenia zebrał na arenach w szkole szamanów. I wtedy przypomniał sobie jedną z rzeczy, która sprawiła, że miał tak dobrą reputację jako dzierżawca żywiołu. Wygrywał większość walk pomimo różnorodnych umiejętności przeciwników i nieprzyjaznych żywiołów, a kluczem do zwycięstwa było przebicie kamiennej tarczy Kama, opiekuna areny.

Młody Zito dość szybko zdał sobie sprawę, że żeby wygrywać na arenie, nie należy pokonywać swoich kolegów ze szkoły, lecz to, co miało stanowić bufor ochronny pomiędzy nimi a atakującymi ich żywiołami. Stworzone przez opiekuna areny tarcze były niezwykle wytrzymałe. Z założenia miały chronić kadetów przed wypadkami przy pojedynkach i być miernikiem ich poziomu zdrowia, sprawiedliwym dla każdego żywiołu. Rezolutny książę wymyślił jednak sposób, by szybko i skutecznie wygrywać walki poprzez niszczenie owych tarcz. Wystrzeliwał dwie ogniste kule w taki sposób, aby jedna złączyła się z drugą tuż przy przeciwniku, powodując nagły przyrost ciepła i, co za tym idzie, małą eksplozję. Taki wybuch najczęściej wystarczał, aby tarcza rywala się rozlatywała.

Nasycony tym wspomnieniem szaman zabrał się do realizacji swojej strategii. Wypuścił jedną kulę, a zaraz po niej następną na podstawie usłyszanego ruchu, lecz zanim obie kule się złączyły, pierwsza już zwęgliła szarżujący na księcia żywy posąg, ponieważ nie uwzględnił on prędkości, z jaką się do niego zbliżał. Zostawało coraz mniej czasu na jakiekolwiek działanie. Kolejna próba. Wypuścił dwa pociski, uwzględniając wszystkie parametry i… BUM! Skalna postać rozpadła się na kawałki, ale błysk światła ukazał jeszcze więcej nadchodzących przeciwników. Książę założył, że jeśli zniszczy jeszcze dwa znajdujące się obok siebie żywiołaki, powstanie luka, przez którą będzie mógł przebiec dalej. Z każdą sekundą, z każdym krokiem potworów, szaman coraz bardziej się denerwował. Wpływało to na celność jego strzałów. Pierwszy obiekt zniszczył dopiero po trzech próbach. Potem szło tylko gorzej. Wypuszczał kolejne kule ognia w nerwowym obłędzie. Za każdym razem albo nie trafiał w ogóle, albo nie mógł połączyć kul. Ten jeden kamienny opętaniec, na którym skupił się szaman, zbliżał się coraz bardziej i był coraz bardziej zwęglony, mimo to szedł dalej. Kolejne płomienie trafiały go, lecz nie było widać końca. Oszczepan zaczął już czuć zmęczenie. Ostatnim tchnieniem wypuścił jeden pocisk. Trafił w jego stopy, które okazały się jego wrażliwym punktem. Żywiołak upadł, ale inne były tuż przy Oszczepanie. Ten, widząc leżącą skałę, ruszył w jej stronę – jedyną drogę ucieczki. Przeskoczył pokonane monstrum i pobiegł przed siebie.


Rozdział IV

Po kolejnych kilku chwilach, gdy słońce świeciło mocno w najwyższym punkcie nieboskłonu, w końcu pojawił się Tup, radośnie merdając ogonem.

— Znalazłeś ich? — zapytał szaman swego druha.

Ten natychmiast zaszczekał dwa razy. Chociaż dla pozostałej dwójki zachowanie psa mogło znaczyć wszystko, dla Oszczepana jego reakcja była jasna. Łączyła ich silna więź, doskonale się rozumieli i potrafili się komunikować niemalże jak dwoje ludzi, dlatego książę od razu wiedział, że Tup wykonał misję.

— To co, teraz idziemy za nim? A co dalej? — zapytał Purkad, oczekując konkretnego planu.

— Podejdziemy na tyle blisko, by mieć ich w zasięgu oka, jednak musimy uważać, by oni nie dojrzeli nas.

— Wiadomo, no ale co potem? — dopytywał Paweł Tomasz.

— Potem ustalimy, jak ich zaatakować. W tym momencie nic lepszego nie wymyślimy, więc w drogę.

Trio znów zaczęło podążać za duchem psa, zostawiając z tyłu splądrowany wóz i swoje konie, bo i tak mieli zamiar wrócić na trakt tą samą trasą. Po dwóch i pół kilometra przedzierania się przez głębokie zarośla, Tup stanął w miejscu, patrząc w jeden punkt. Ciężko było zobaczyć, co jest dalej o dziesięć metrów, ale po dokładnym przyjrzeniu się przez prześwity w bujnej roślinności, protagoniści dostrzegli stojącego mężczyznę. Bez wątpienia był to jeden z rozbójników. Stał na warcie, dokładnie rozglądając się za niebezpieczeństwami. Po chwili cichej obserwacji, Oszczepan, Purkad i Paweł Tomasz zauważyli, jak mężczyzna się odwraca i krzyczy: „Długo mam jeszcze stać na tej straży?! W tym gęstym lesie i tak nas nikt nie znajdzie!”. Zaraz po tym dało się słyszeć odpowiedź:

— Nie narzekaj, tylko pilnuj. Jak zjemy obiad, to ktoś cię zmieni!

Zniechęcony strażnik pokiwał głową i znudzony wrócił do obserwowania okolicy.

— Szkoda, że te dziewki nam uciekły, bo chętnie spuściłbym sobie z kija — zaczął się żalić jeden z oprychów.

— Weź mi nawet nie mów! Mieliśmy się rozprawić z nimi wszystkimi — gniewnie rzucił jego towarzysz.

— A wszystko przez tego ich mężusia. Taki bohater, a kwiczał jak mała dziewczynka.

I cała grupka wybuchła śmiechem. Zaraz potem jeden z nich rzekł:

— Panie dowódco, a ja mam takie pytanie — rzekł najcherlawszy z bandytów.

— No? — odrzekł najstarszy rangą rzezimieszek.

— Co by pan zrobił, jakby się okazało, że pańska siostra jest druidem i potrafi się zmieniać w zwierzę i…

— Jakie? — pytany przerwał w środku zdania temu pierwszemu.

— Co „jakie”? — nie zrozumiał pytający.

— W jakie zwierzę miałaby się zmienić moja siorka?

— Yyy… no nie wiem. Na przykład w borsuka?

— I co dalej? — dowódca powoli zaczął się niecierpliwić na podwładnego, oczekując na pełną artykulację pytania.

— A. To co by pan zrobił, jakby się okazało, że pańska siostra jest druidem i potrafi zmieniać się w… BORSUKA — powiedział powoli i bardzo dokładnie — i spółkuje z innymi borsukami?

— Ha! — zaśmiał się spontanicznie jeden z zakapiorów. — Przecież nie ma takiego słowa jak „spółkować”.

Dowódca zareagował tak jak wielu, kto miałby usłyszeć takie pytanie. Słowem, wkurzył się. Przy czym słowo „wkurzył”, to w tym wypadku eufemizm.

— KURR… Ty serio jesteś tak głupi?! — krzyknął oburzony.

— Przepraszam — speszony bandzior począł się kajać.

— Przecież dobrze wiesz, że nie mam siostry!

— Aha.